Forum WSR Apocalyptica Strona Główna WSR Apocalyptica
Nowa odsłona WSR Star Horses wita!
 
 » FAQ   » Szukaj   » Użytkownicy   » Grupy  » Galerie   » Rejestracja 
 » Profil   » Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   » Zaloguj 

Odwiedziny w SC

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum WSR Apocalyptica Strona Główna -> Archiwum / Boks IV-b
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Cochise




Dołączył: 23 Wrz 2011
Posty: 28
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 17:49, 02 Paź 2011    Temat postu: Odwiedziny w SC

Weszłam (znów) do stajni i wciągnęłam nosem zapach sianka. Wzięłam z siodlarni sprzęt do czyszczenia Karata i jeszcze gumową rękawicę. Złapałam jeszcze szampon dla koni karych i wyniosłam wszystko na podwórko. Później weszłam cichaczem do boksu Karata. Ogier odskoczył, i zaczął odbijać się przednimi nogami od ziemi. Wyszłam z boksu i weszłam jeszcze raz. Ta sama reakcja. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy i weszłam od nowa. Ogierasek przyzwyczaił się chyba do tego, że mogę wchodzić na jego terytorium. Miał już na sobie kantar, więc wyciągnęłam tylko rękę i dałam mu uwiąz do powąchania. Koń skulił uszy i podstawił mi swoje chrapy.
- Luzik, ja mogę poczekać.- szepnęłam sama do siebie.
Karat był spięty, nie mogłam czekać całej wieczności. Podeszłam do niego z boku, bardzo powoli. Nie miał chyba przeciwwskazań, bo stał spokojnie. Chciałam, żeby wziął mnie za dziewczynę, która kiedyś wchodziła do niego bez obawy przed kontuzją. Podeszłam, podpięłam uwiąz i pociągnęłam go za sobą. Zadziałało! Cmoknęłam jeszcze kilka razy, żeby zachęcić go do wyjścia. Konisko powlokło się za mną na dwór. I to był właściwie najgorszy moment. Ktoś, kogo imienia nie pomnę, bo twarzy nie widziałam prowadził Damę do boksu. Ogier pchnięty tętniącym testosteronem stanął dęba i odstawił brykanie na kopytach tylnich,
czasem przednich. Dziewczyna trzymająca klacz zrozumiała co się dzieje i jak najszybciej uciekła w zacisze stajni. Uspokoiłam się i wzięłam nabuzowanego Karata do koniowiązu. Dał się grzecznie przywiązać. Karosz nie był brudny. Dziś tylko relaksujący masaż.
Nalałam wody do wiadra i wyjęłam gąbkę. Namoczyłam i chlusnęłam mu prosto na grzbiet. Wielka mokra plama Smile Namoczyłam ogierzastego i wzięłam na rękę trochę szamponu. Namydliłam karosza. Karatowi się spodobało. Obniżył łepek i zerkał na mnie co chwile. Wzięłam rękawice do masażu i zaczęłam rozprowadzać pianę po jego cielsku. Robiłam to okrężnymi ruchami. Nagle ogierowi zachciało się pozbyć piany i zaczął się trząść. Ochlapał mnie całą, przy okazji mocząc mi jedyne bryczesy jakie miałam. Widocznie będę musiała jeździć w dżinsach. Pogłaskałam Karata i zaczęłam od nowa polewać go wodą. Szampon spłynął do ścieków. Zaczęłam zdejmować z konisia wodę zbieraczką. Najpierw powoli odwodniłam grzbiet, później szyje, nogi i zad. Próbowałam zebrać ręką wodę z ogona, ale ogieras się nie poddał i zacięcie walczył o wolność dla ogonka. Zostawiłam jego włosy i zabrałam się za wycieranie ręcznikiem jego nóg. Był trochę nerwowy, tak jak przy masażu z Tiarą. Wycierałam jego kończyny od góry do dołu, pomagając mu się zrelaksować. Gdy był już suchy, założyłam na niego cieplutką derkę i odprowadziwłam do boksu. - by Crunchy


Od dawna nie było mnie w SC. Postanowiłam tę nieobecność nadrobić i zaprzyjaźnić się z jakimś koniem, kto wie czy nie adoptować. Weszłam do stajni i rozejrzałam się. Moją uwagę przykuł kary ogier. Stał w boksie, pewny siebie, dumny, nieco napuszony. Nie interesowało go nic dookoła. Spokojnie i powoli podeszłam do niego. Nawet na mnie nie spojrzał. Zachowywał się jakby był duchem gdzieś tam w swoim świecie.
- Hej piękny.- odezwałam się do niego i wyciągnęłam z kieszeni kawałek marchewki.
Pokazałam mu ją. Zainteresował się. Odwrócił głowę i przyglądał się przedmiotowi w mojej ręce. Wyciągnęłam ją i wystawiłam dłoń w pobliże nosa Karata. Ostrożnie podszedł i schrupał marchewkę ze smakiem. Udało mi się znaleźć ich więcej. Karosz został nimi hojnie obdarowany co sprawiło mu wielką radochę. Dał mi się nawet pogłaskać. Rozmawiałam z nim długo, aż wreszcie zrobił kilka kroków i sam zaczął domagać się pieszczot. Nie szczędziłam mu ich. Głaskałam, przytulałam, miziałam i wszystko co się dało, aby sprawić trochę przyjemności temu biedakowi. Brudny trochę był. Wpadłam na pomysł żeby go porządnie wyczyścić. Odeszłam od boksu i ruszyłam do siodlarni. Ogier zarżał, jakby chciał powiedzieć "wracaj!". Zabrałam zestaw toaletowy i wróciłam do niego. Zaufał mi trochę i od razu zaczął przeszukiwać moje kieszenie. Niestety nic nie znalazł. Wzięłam uwiąz i weszłam do jego boksu. Najpierw zaczęłam go głaskać, mówić do niego spokojnym, łagodnym głosem, aż wreszcie przypięłam uwiąz do jego kantara. Szarpnął łbem i skulił lekko uszy.
- Spokojnie Karatku, nic Ci nie będzie. Ze mną jesteś bezpieczny. - mówiłam głaskając go po czole i chrapach.
Po kilku minutach głaskania i próśb uspokoił się. Powoli, delikatnie trzymając uwiąz wyprowadziłam go z boksu. Zajęło mi to chwilę, nie chciałam robić nic na siłę i czekałam aż sam zechce wyjść. Wyszedł w końcu. Przywiązałam go i pocałowałam w chrapki.
- Kochany Karat, wiedziałam, że potrafisz.
Na początek zaczęłam masować go terapią T-Touch. Dość spięty był, ale po półgodzinnym masażu zrelaksował się i rozluźnił. Poklepałam go po szyi i chwyciłam zgrzebło igiełkowe. Zlikwidowałam wszelkie brudy i sklejki na jego sierści. Pod brzuchem miał ich bardzo dużo, więc trochę mi to zajęło. Ale się udało. Teraz czas na porządne szczotkowanie. Wzięłam szczotkę i rozpoczęłam zabieg. Po jego skończeniu, cała sierść Karata pięknie lśniła. Mvah. Jeszcze tylko grzywa, ogon i kopyciaki. Zaprzyjaźniliśmy się już z panem grzebieniem i szybko udało nam się pozbyć wszelkich kołtunów itp. Kopystka bardzo się starała, ale sprawa nie była taka prosta. Kary wyrywał nogi i bardzo się wkurzał.
-No już.... Kwiatuszku, uspokój się... Przecież to nic a nic nie boli. - tłumaczyłam mu i tłumaczyłam, ale bez skutku.
Jak wyrywał nogi, tak wyrywa. Próbowałam i próbowałam. Wreszcie! Dał już sobie spokój i udało mi się wyczyścić oba przednie kopyta. Tylnie podał, ale niezbyt chętnie i po chwili zaczął nimi szarpać. Teraz to ja dałam za wygraną. Odniosłam rzeczy i wróciłam do niego. Zrobiłam mu kolejny masaż i obdarowałam smakołykami. Czas zaczął mnie gonić. Odstawiłam go do boksu, pożegnałam się i odeszłam.
- Jeszcze wrócę maleńki.- powiedziałam na pożegnanie. - by Cochise

Po ogarnięciu WSR Storm i zajęciu się końmi, szybko wsiadłam do samochodu i ruszyłam do SC. Zostawiłam auto na parkingu i z kopyta ruszyłam do stajni. Weszłam do środka i swe kroki skierowałam w stronę boksu mego słoneczka.
-Witaj Karatku.- powiedziałam i podeszłam do karego ogiera. Wyglądał ponad drzwiami boksu i mocno wyciągał szyję, żeby tylko dostać smakołyk. Dzisiaj miałam już ze sobą spore zapasy marchwi i jabłek. Obdarowałam nimi hojnie kochanego Karacika. Wcinał aż mu się uszy trzęsły. Głaskałam go długo, aż wzięłam uwiąz i weszłam do boksu. Pogadałam chwilę do niego i głaskałam go po szyi. Wyraźnie się ze mną oswoił i z dnia na dzień coraz bardziej mi ufał. Dałam mu kawałek jabłka i przypięłam karabińczyk do kantara.
- Chodź malutki, wyczyścimy Cię, a potem idziemy na spacer.
Wyprowadziłam go i przywiązałam. Pocałowałam jego lukrecjowe chrapki i ruszyłam do siodlarni. Tradycyjnie- po zestaw toaletowy. Kiedy już go miałam, wróciłam do mego księcia. Stał i niecierpliwie przebierał kopytami. Podeszłam do niego i natychmiast zaczął przeszukiwać moje kieszenie. Wyczuł przysmaki, ale niestety były za głęboko włożone żeby sam je sobie wyciągnął. Zlitowałam się nad nim i dałam mu kawałek marchewki.
- Masz Ty żarłoku, niedługo będziesz się musiał odchudzać.
Zaczęłam od likwidacji sklejek i tym podobnych. Potem długo i dokładnie wyszczotkowałam go całego. Sierść bardzo ładnie lśniła. Karacik próbował mi wyrwać szczotkę. Udało mu się to i nie chciał oddać do póki nie dostał jabłka. Cwany zwierzak. Teraz już uważałam i nie dałam sobie nic zabrać. Grzebieniem szybko wyczesałam ogon i grzywę. Potem zabrałam kopystkę. Z łakomstwa nawet ładnie podawał nogi przy czyszczeniu kopyt. W nagrodę przytuliłam go i dałam buziaka. Na razie dość przysmaków. Gdy był już cały czyściutki, odwiązałam uwiąz i wyprowadziłam karuska na zewnątrz. Myślał, że idzie na pastwisko, bo od razu zaczął mnie ciągnąć w jego stronę.
- Misiu, nie tam teraz idziemy. My ruszamy na spacer.
Spojrzał na mnie spode łba i nieco obrażony ruszył tam gdzie ja chciałam abyśmy szli. Kiedy dostał marchewkę już mu przeszło, znowu był zadowolony i szedł wszędzie byle by dostać papu. Udaliśmy się do lasu. Żeby się pobawić i narobić trochę hałasu, bo według Karaciska za cicho tam jakoś było. Weszliśmy między drzewa. Ogier koniecznie chciał je wszystkie zbadać i obwąchać, a jako, że był ode mnie o wiele silniejszy, musiałam się na to godzić. Szliśmy naprawdę bardzo, ale to bardzo powoli. Karemu się wcale nie spieszyło, jemu było wszystko jedno chyba. Po jakimś czasie udało mi się go ruszyć, błaganiem, prośbami i… marchewką w ręku. Ruszył nawet powolnym kłusikiem żeby tylko się dobrać do jedzenia. Kiedy nie chciałam mu go dać, szarpał się i stawał dęba. Wreszcie chyba porządnie się wkurzył, zaczął mi brykać, szarpać się, wariować. Ni stąd ni zowąd wystrzelił galopem przed siebie. Przez chwilę ciągnął mnie za sobą, ale potem moja dłoń nie wytrzymała i rozluźniła uścisk. Poleciał do przodu i tylko kurz po nim został. No i mam wielki problem. Pobiegłam w ślad za nim co chwilę go wołając. Wszystko na nic. Biegłam co sił w nogach, ale po kilku kilometrach miałam już tego dość. Nagle wpadłam na jakąś polankę i w cieniu drzew, ujrzałam uciekiniera. Stał sobie jak gdyby nigdy nic i wcinał trawkę. Podeszłam do niego powoli i spokojnie. Szybko złapałam uwiąz i mocno trzymałam go w obu rękach. Najwidoczniej długo już tu siedział, bo zdążył wyschnąć. Pociągnęłam go i ruszył wraz ze mną w drogę powrotną. Kiedy szliśmy długo trułam mu o tym, że się martwiłam i że nie ma tak nigdy więcej robić. Możliwe, że coś z tego zrozumiał. Szliśmy bardzo długo, ciekawe jak daleko od SC już byliśmy. 10 km? A może i więcej. Nasz marsz jakby nie miał końca. I wreszcie, ujrzeliśmy wyjście z lasu i stajnię. Kiedy do niej doszliśmy podbiegło do nas kilka dziewczyn, byłam tak padnięta, że już nawet nie rozpoznawałam kto jest kim.
- Matko, gdzie wyście się przez tyle godzin podziewali?- mówiła jedna.
- Już chciałyśmy jechać Was szukać. – mówiła druga.
Ja opowiedziałam im wszystko i wprowadziłam zmęczonego, wygłodniałego ogiera do budynku. Wymasowałam go dokładnie, wyczyściłam, a potem odstawiłam do boksu. To był bardzo ciężki dzień. Nie miałam nawet siły sama wrócić do domu i jedna z dziewczyn, chyba Ev, mnie odwiozła. - by Cochise


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum WSR Apocalyptica Strona Główna -> Archiwum / Boks IV-b Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
subMildev free theme by spleen & Programosy
Regulamin